|
2005-03-26 bezwład Bohater książki, którą czytam, opowiada o swoim życiu, jakby toczyło się bez jego udziału. Decyzje zapadają gdzieś obok, a może wcale nie zapadają, życie po prostu się toczy, a on nie może sobie przypomnieć momentów, w których stał przed jakąś ważną decyzją. A nawet jeśli stał, to było to pozorne, bo naprawdę mógł wybrać tylko jedno rozwiązanie, to przypisane jemu, tzn. jego charakterowi, sytuacji życiowej, przeszłości, która go ukształtowała. Podobna kwestia pojawila się w „Czerwonym” Kieślowskiego – sądzenie zbrodniarza jest sądzeniem go z tego kim jest, różnica polega na tym, że ci którzy sądzą, nie są sądzonymi. Gdyby sędzia urodził się w rodzinie zabójcy, gdyby miał jego cechy charakteru i przeżył to co tamten - byłby zabójcą. Wolna wola byłby więc tylko niemożliwą do zrealizowania ideą? Czasem czuję się przecież jakby mnie zaprogramowano gdzieś poza moją świadomoscią i robię rzeczy, których nie powinnam robić lub (częściej) nie robię nic, choć powinnam. I już miałam się pogrążyć w tej egzystencjalnej niemocy, kiedy przyszły mi na myśl samoświadomość i cel (same przyszły? - robię się podejrzliwa). Żmudne wpatrywanie się w siebie, tropienie zależności, zawsze o krok za samą sobą, jak prywatny detektyw. I wtedy mogę stopniowo coś zmieniać, sterować swoim postępowaniem, działać „przeciwko” tym „właściwym”, przypisanym mi gestom. Cel z kolei jest jak latarnia na morzu - choćby łódź znosiły uparcie prądy i wichury - wiadomo w którym kierunku machać połamanym wiosełkiem. Tyle że cel i samoświadomość są trudne; czasem nie starcza na nie sił, pomysłu, a nie starcza, bo – znowu – jesteśmy tym, kim jesteśmy i postępujemy tak jak postępujemy, myślimy tak jak myślimy, a nie inaczej. Ślepy nie dostrzeże latarni. Dlatego, jeśli nie chce się pozwolić rządzić niemocy, trzeba przyjąć, że w którymś momencie objawia się coś, czego nie wolno przegapić, jakiś znak, który podważa porządek "przeznaczonego" nam życia. Trzeba być uważnym, nie spuszczać wzroku ani na chwilę, zauważyć moment wyboru? 2005-03-18 * Widziałam dziecko, które odważnie patrzyło w twarz deszczowi. Z głową zadartą do góry i oczami zmrużonymi przed atakiem kropel, ciągnięte za rękę przez matkę - badało naturę widzialnego świata. Kiedy ktoś prowadzi, można się skupić na najważniejszym. 2005-03-17 dzień wolny. pożegnanie Lubię cię bardziej niż ty mnie, a miało być odwrotnie - usłyszałam nie bez satysfakcji. Grzęznąc w błocie, grzejąc policzki ciepłym wiatrem, pijąc na parkowej ławce, choć południe dopiero co minęło - czułam się jakbym znowu miała piętnaście lat i poszła na wagary. Cieszę się, że mając niemal dwa razy więcej, przechodziłam w nocy przez płot mijanego cmentarza, żeby przenosić znicze z obstawionych nimi grobów na zapomniane, wędrowałam po torach przepuszczając pociągi towarowe, czytałam wiersze wyciągane z rękawa i mogłam komuś powiedzieć wszystko - jak nigdy. To wcale nie był taki "lekki" dzień, musiałam się pożegnać z przyjacielem na rok, dwa, może na zawsze. 2005-03-16 * Na ścianie w przychodni czytam informację o treści mniej więcej następującej: centrum profilaktyki uzależnień i walki z alkoholizmem oraz wydawanie koncesji na handel hurtowy alkoholem - pokój nr..., tel... I tu pojawia się myśl z gatunku "filozofia z pocketbooka" - świat pełen jest sprzeczności, co wiadomo nie od dziś. A jednak to ciągłe zdziwienie... 2005-03-11 * To skrzyżowanie wcale nie jest małe – dwupasmowe jezdnie w każdą stronę, światła (trzy, żeby dotrzeć na przystanek) i wypadek bądź stłuczka średnio raz w miesiącu. A on pokonywał je po przekątnej, wykorzystawszy moment, kiedy nic nie jechało (jak to w ogóle możliwe?). Niefrasobliwość znać było w każdym ruchu, w papierosie wetkniętym niedbale w usta, w ubiorze nie zważającym na mróz, włosach rozczochranych i w wyrazie twarzy, kiedy przyglądał mi się, stojącej grzecznie na światłach, z zainteresowaniem równym mojemu, ale on przecież wyglądał niezwykle. I gdyby nie ten papieros w ustach jestem pewna, że uśmiechnąłby się szeroko, i gdyby nie moje osłupienie - też bym się uśmiechnęła. * Można to nazwać zazdrością, ale przecież nie chciałabym widzieć porażki w miejscu tych sukcesów, to zupełnie nie tak. Tyle że czasem przez porównanie widać, jak kiepsko się wszystko toczy w moim życiu, choć startowaliśmy niejako z jednego poziomu. I jak przyko jest, kiedy nie ma się nic do powiedzenia, żadnej rzeczy, która by świadczyła naprawdę o mnie, o tym jaka jestem (a może chciałabym być). Próbuję to przekształcić w wolę działania. Próbuję. * Nie wiem, co tutaj robię. Chyba gimnastykuję język. Aż mi się znowu nie znudzi. 2004-09-20 wycieczka Moja głowa na jego kolanach, jego palce w moich włosach, wrześniowe zamglone słońce na odsłoniętym policzku. Pod stopami szumiała rzeka, a wiatr zalotnie rozdmuchiwał obłoki, kiedy tak przytuleni do pleców wielkiej zapory, w połowie drogi pomiędzy szczytem wąskich schodów a wodą, próbowaliśmy zapomnieć o świecie. Mimo tych romantycznych okoliczności nigdy bardziej niż w tej chwili nie było jasne, że on nigdy nie potrafiłby się we mnie zakochać, że ja już nie potrafiłabym zakochać się w nim, że chodzi o trzymanie za rękę żywej istoty, kiedy czuje się i widzi wyraźnie, jak cały świat niszczy emocjonalna korozja i wszystko lada chwila pęknie. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi - poza rozsądkiem istnieje miłość. Na pewno. 2004-09-03 zimna noc Z okna leciały butelki prosto na brukowaną kostkę, na głowy przechodniów (podobno szaleniec w nich właśnie celował). Ryzykując życiem - przeszłam. Tuż obok Rynek rozgrzany słońcem, gwarny. Tramawaje złośliwie uciekają i autobusy. Boląca noga, kurz. Coś jest nie tak, a ja nie wiem co. Mówię coraz prościej. Jeśli w ogóle. Jestem sam, mówił, sam w domu, a noc się dopiero zaczyna. Nie pojechałam. |
|